niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 4 - Blue elephant



"Nigdy nie uciekaj przed niczym,bo kiedy już będzie Ci się wydawać ,że to odeszło....to wróci cztery razy silniejsze i potężniejsze."
~Nieznany

             
- Mia Walker do pana McCarthy’neja – słyszę głos Annabeth, która wyłania się zza drzwi, prowadzących na korytarz i jak gdyby nigdy nic staje na środku pomieszczenia dla pracowników, mierząc mnie wzrokiem. – Pospiesz się, bo to prawdopodobnie coś ważnego – dodaje, po czym odrzucając włosy do tyłu, wychodzi z pokoju. Prycham pod nosem, po czym kończę kawę, którą zrobiłam sobie dosłownie chwilę przed przyjściem tej wywłoki i wyrzucam kubeczek do śmietnika. Uśmiecham się lekko w stronę wchodzącego Jamesa, mrugając do niego i wymijam go, kierując się do gabinetu mojego pracodawcy.
              Pukam delikatnie w ciemnobrązowe drewno, a kiedy słyszę „proszę” wchodzę do pomieszczenia, która niewiele się zmieniło. Nadal przeciwna strona jest cała z szyb, które ukazują wspaniały widok na słoneczny, co jest zadziwiające, Londyn, który tętni życiem. Po prawej stronie stoi brązowa kanapa wraz z stolikiem na kawę i kwiatkiem oraz obrazem, na którym znajdują się jakieś złote kwiaty. Po lewej są półki wraz z różnymi zdjęciami jego rodziny, bądź z różnych imprez związanych z firmą. Na środku znajduje się biurko z krzesłami, dla Johnna i gości.
              Mężczyzna podnosi się ze skórzanego krzesła, uśmiecha się lekko i wskazuje mi krzesło naprzeciwko niego. Odwzajemniam gest, po czym podchodzę i siadam, patrząc uważnie na McCarty’neja, który chrząka. Nie wiem, dlaczego, ale boję się, że mnie wyleje. Czyżby dowiedział się o kawie, którą znowu wylałam na jego biały dywanik?
       - Mia, mam do ciebie prośbę – zaczyna, a kiedy kiwam lekko głową kontynuuje. – Dzisiaj niestety Sarah nie może pomóc mi przy prezentacji nowego projektu, dotyczącego kampanii, w której będziemy chcieli pomóc najbardziej potrzebującym, aby wybudować im przytułek, gdzie mogliby zamieszkać, dopóki nie byliby w stanie żyć samemu. Dlatego chciałbym, abyś została ze mną na spotkaniu. Podejrzewam, że będzie trwało jakieś półtorej godziny, a później mogłabyś wrócić do swoich zadań – uśmiecham się i kiwam twierdząco głową, wzdychając z ulgą, że nie chodziło o tę kawę. Wstaję, dziękując i już chcę wyjść, kiedy jedno zdanie rujnuje cały mój dzisiejszy dzień. – I masz dzisiaj nauczyć się obsługiwać kopiarkę, inaczej zostajesz tu do rana i wylatujesz – mówi, a ja wywracam oczami, wychodząc z pomieszczenia.
              Za co ty mnie tak nienawidzisz?
              Najchętniej opuściłabym budynek jak najszybciej, pobiegła do domu, do swojego pokoju, pozamykała każde możliwe wejście i schowała pod kołdrą, abym nie musiała się już o nic martwić. Jak mógł zrobić mi coś takiego i kazać nauczyć obsługiwać ty idiotycznym sprzętem?
       - I co u McCarty’neja? – pyta James, na którego wpadam, kiedy wchodzę do windy, aby zjechać na główny korytarz, gdzie znajduje się również wejście. Wywracam oczami i wzdycham, słysząc jego śmiech. Ten piękny śmiech. – Zapewne kazał nauczyć ci się jak się korzysta z drukarki – mrożę go wzrokiem, a kiedy drzwi maszyny otwierają się, wychodzę, słysząc nawoływania przyjaciela. – M, nie gniewaj się, żartowałem – mówi.
       - Nie przejmuj się, jego żarty są tak słabe jak baterie jego przyjaciela – wtrąca się Margaret, a ja wybucham śmiechem, przez co muszę oprzeć się o blat. Band pali buraka, a to tylko powoduje większe szczęście na naszych twarzach. – Tu masz swoje papiery na dzisiejsze spotkanie – kładzie przede mną stos papierów, a z moich ust wymyka się krótki jęk.
              No to się wkopałaś dziewczyno…

              Dziesięć minut… Dziesięć minut… Jebane dziesięć minut!
              Od dwóch godzin siedzę na jednym z krzeseł, próbując uspokoić swoje znudzenie, które da się wyczuć z drugiego końca świata. Przez ten cały okres czasu nie ruszyłam się ze swojego miejsca, chyba że musiałam podać kawę, papiery, czy zmienić prezentację dla swojego cholernego pracodawcy, który chyba specjalnie zaplanował tą zemstę, powodując tym samym, że zostaję zmuszona do zostania w pracy po godzinach, a jest to dopiero mój drugi dzień, ludzie!
              Słyszę głos pana McCarty’neja, który tłumaczy jaką kwotę łącznie przewiduje na ten projekt, co spotyka się z kilkoma złymi spojrzeniami, jednak większość z nich jest zadowolona z takiego obrotu spraw, co uszczęśliwia mojego pracodawcę.
       - M… - słyszę dźwięk telefonu, na co marszczę brwi, kiedy orientuję się, że to mój własny. Robię się czerwona z wstydu, wyłączając szybko telefon, przepraszam zebranych, spuszczając wzrok. Słyszę chichot Johnna, przez co mam ochotę zapaść się pod ziemię. – Mia, proszę, żebyś pokazała państwu plan oraz poszła po umowy, które znajdują się u mnie w biurze – kiwam twierdząco głową, po czym opuszczam pomieszczenie.
              Danielle.
              Imię dziewczyny, które wyświetliło mi się na wyświetlaczu urządzenia, sprawia, że przechodzą mnie dreszcze, jednak staram się jak najszybciej to uspokoić i postanawiam oddzwonić do niej później, kiedy tylko skończę pracę. Mam nadzieję, że nie powiedziała nic Liamowi, bądź co bądź, takiej informacji na pewno nie zachowałby dla siebie. Nie twierdzę, że Payne to gaduła, jednak, kiedy cieszy się z jakiejś informacji od razu do wszystkich wydzwania i wypisuje, a jego ekstaza kończy się, kiedy już przeleci wszystkie kontakty w swoim telefonie.
              Wchodzę do gabinetu mężczyzny, widząc jak Anabeth przeszukuje szafki biurka, z którego wylatują różne przedmioty – zaczynając od papierów, a kończąc od różnych figurek, na których widok przechodzą mnie dreszcze. Zawzięcie szuka czegoś, nawet nie zauważając, że weszłam do środka, dlatego chrząkam, a ona podskakuje przerażona, uderzając głową o blat biurka. Podnosi wzrok i syczy wściekła, masując tylną część głowy. Krzyżuję ręce na piersi i mrużę oczy w jej stronę.
       - Co tu robisz? – warczy, podchodząc do mnie i zatrzymuje się kilka kroków ode mnie. Jej wzrok mówi wszystko: „Zabiję cię, za to, że tu kurwa weszłaś!’ Cudownie. – Mam ci to do cholery jasnej przeliterować?!
       - Nic, co powinno cię interesować. Ciekawszym pytaniem jest to, co ty tu robiłaś. Nie wygląda mi to na sprzątanie kurzy, czy porządkowanie papierów – prycham, a ona wywraca oczami, prostując się.
       - Nie robiłam tu nic, co powinno cię interesować, Walker. Radzę ci pilnować swoich spraw – mówi, po czym wychodzi z pomieszczenia jak gdyby nigdy nic. Pokazuję jej plecom środkowego palca, po czym zabieram papiery z biurka McCarthy’neja, jednak wcześniej staję za biurkiem i schylam się, aby zobaczyć czego szukała Anabeth. Widzę same papierki, które nie są zbytnio ważne, kilka figurek ukazujących kobietę i mężczyznę w różnych pozach, umowy i coś, co przykuwa moją uwagę – figurka niebieskiego słonia z kodem na spodzie. 6B7PN1T – widziałam już kiedyś taki napis na podobnych figurkach u Louisa, jednak zawsze zbywał mnie jakimś tekstem typu: „Nie zaprzątaj tym sobie główki”, czy „Liam z Niallem bawili się w podchody”. Zapewne myślał, że mu wierzę, jednak skoro nie chciał mi mówić to odpuszczałam mu, aby uniknąć jakichkolwiek kłótni.
              Podnoszę głowę i dostrzegam zegar, który pokazuje mi, że siedzę tu już dziesięć minut, dlatego szybko wrzucam porozwalane przedmioty do szuflad, a słonia z umową i planem do kieszeni spodni, po czym wychodzę z pomieszczenia, niemalże biegnąc do sali konferencyjnej, gdzie Johnn tłumaczy coś biznesmenom. Wchodzę do środka, rozdając papiery mężczyznom, którzy przeglądają je, a ja w między czasie podchodzę do swojego pracodawcy.
       - Panie McCarthy… - szepczę, a mężczyzna patrzy na mnie, pozwalając mi kontynuować. – Przepraszam, że przyszłam tak późno, ale kiedy weszłam do pań… - nie dane jest mi skończyć, kiedy rękę podnosi jeden z zebranych.
       - Tak? – pyta Johnn, a ja opadam na krzesło, będąc pewną, że to zebranie nie będzie należało do najkrótszych, a ja nie będę mogła powiedzieć pracodawcy o Olsen. Chowam twarz w dłoniach, a po chwili kieruję się do wyjścia, aby przynieść kawę.

              1. Należy sprawdzić, czy maszyna jest włączona. Jeśli nie, należy przycisnąć przycisk z zieloną kropką, bądź podłączyć do kontaktu.
              Wzdycham, po raz kolejny czytając książkę z obsługą kserokopiarki, a wciąż tkwię w podpunkcie pierwszym, ponieważ maszyna w ogóle nie chce się włączyć, mimo mojego zapału do pracy i kilkukrotnego powtórzenia czynności. Jestem pewna, że już dawno byłaby włączona, gdyby nie to, że zapewne jest zepsuta, gówno jedno! Kopię maszynę z całej siły, kiedy nagle słyszę jak coś w niej pika, na co piszczę zaskoczona, upadając na podłogę z przerażeniem. Kserokopiarka zaczyna swoje czyszczenie, a ja spanikowana szukam czegoś na ten temat w tej kilkuset stronicowej książce, co chwilę ją przewracając. Podnoszę wzrok na zegar, który wskazuję godzinę dwudziestą trzecią trzydzieści, a ja nadal tkwię w pracy. Coś myślę, że będę w niej nocować o ile wcześniej jeden z ochroniarzy mnie nie zgwałci.
              Wzdrygam się na samą myśl, po czym podnoszę się i chwytam pierwszą lepszą kartkę z jakąś umową, po czym kładę ją i przyciskam na maszynie poszczególne przyciski, próbując skopiować papier. Po chwili czytam, że przyjmuje dane, na co szczerzę się jak głupia, kiedy nagle papier zaczyna wychodzić pocięty w kawałkach. Krzyczę, próbując jakoś naprawić problem, jednak pogarszam tylko sprawę, kiedy widzę, że maszyna zaczyna dymić. Moje oczy są jak pięciozłotówki, jednak szybko wybiegam z pomieszczenia, próbując znaleźć jednego z ochroniarzy, mając nadzieję, że mi pomoże.
       - Andy! Andy! Jesteś?! Pomocy! – krzyczę, biegając po całym budynku, aby znaleźć jakiegokolwiek ochroniarza. Dziwi mnie to, że żadnego z nich nie widzę, tym bardziej, że niemożliwością jest to, że żaden z nich mnie nie usłyszał. – Andy! Sam! Henry! Do cholery jest tu ktoś? – krzyczę, po czym wracam do pomieszczenia, aby zadzwonić do Jamesa. Zerkam na maszynę, która się już uspokoiła i wszystko z nią w jak najlepszym porządku. Uśmiecham się lekko pod nosem, po czym otwieram pokrywę i wyjmuję resztę kartki, wyrzucając ją do kosza. – O to jak następuje koniec pracy panny Walker – mruczę pod nosem, kiedy nagle drzwi otwierają się z hukiem, a ja podnoszę głowę, żałując, że mężczyzna nie zastrzelił mnie, gdy tylko mnie .zobaczył. W drzwiach stał najprawdziwszy sukisyn na świecie – Louis Tomlinson.
       - Mia – moje oczy powiększają się, a oddech przyspiesza, kiedy wypowiada moje imię. Kręcę głową z niedowierzaniem, a z moich oczu mimowolnie lecą łzy. Szatyn patrzy na mnie z otwartymi oczami, również nie wierząc w to, co widzi.
       - Co tu robisz?! – krzyczę, patrząc na niego z mordem w oczach. Nie wierzę, że widzę go tu. Akurat teraz, gdy jestem sama w tej cholernej firmie. Przełyka ślinę, a ja czuję jak do mojej głosy wpada przypływ wspomnień, a zwłaszcza zdań, które mną zawładnęły.
       - Kocham cię.
       - To ty jesteś kobietą mego życia.
       - Będziemy razem już na zawsze.
       - Z każdym dniem wyglądasz piękniej.
       - Nie pozwolę, aby coś na przeszkodziło.
       - Jesteś piękna, gdy się denerwujesz.
       - Dzisiaj mamy randkę!
       - Po co ci ten makijaż? Bez niego wyglądasz równie dobrze.
       - Razem na wieki.
              Wtedy cieszyłam się z takiego chłopaka, jednak teraz żałuję, że kiedykolwiek go poznałam.

Louis P.O.V
             
              Od piętnastu minut siedzę na kanapie w salonie, trzymając w prawej dłoni puszkę Coca – Coli, a w lewej pilota od telewizora, w którym leciał mecz. Obserwuję nieświadomie mecz, analizując moment, w którym zobaczyłem Mię. Jestem wściekły i szczęśliwy zarazem. Zobaczyłem ją po dwóch pieprzonych latach w momencie, kiedy próbowałem wytłumaczyć Abby, żeby się ode mnie odpieprzyła, jednak była tak naćpana, że ledwo rozumiała co się dzieje. Nie mogę uwierzyć, że z kujonicy z przyszłością, zamieniła się w szmatę, dla której liczy się to, czy znajdzie faceta na noc, który wyrucha ją do nieprzytomności. Wzdycham, przecierając lewą dłonią oczy, opadając niżej na fotelu. Dokładnie pamiętam jej wyraz twarzy, kiedy dostrzegła mnie z Abby – była przerażona ( zresztą jak ja ), patrzyła na nas tymi swoimi dużymi oczami wyobrażając sobie to, że zapewne znalazłem sobie jakąś dziwkę zamiast niej.
              Słyszę trzask drzwi wejściowych. Jestem pewny, że to tylko Liam, dlatego nawet nie odwracam wzroku od telewizora, tym razem dokładnie śledząc poczynania piłkarzy, którzy dzisiaj grali niesamowicie chujowo, co sprawiało, że moja złość rosła z każdą sekundą. Docierają do mnie dźwięki ciężkich kroków, które najpierw wbiegają sprawnie na pierwsze piętro, idą korytarzem i dochodzą do trzeci drzwi po prawej stronie, co oznacza, że to nie jest Payne. Czuję napinające się mięśnie w moim ciele, kiedy dociera do mnie, że to Malik chodzi po budynku jak gdyby nigdy nic. Odkąd Mia wyjechała, odzywamy się do siebie tylko w kryzysowych momentach. Zayn oskarża mnie o jej wyjazd i o jakąś zdradę, przez co kilka razy mi przyłożył, kiedy mówiłem, że to pieprzy kłamstwa.
       - Za godzinę mamy akcję. Fajnie by było, gdybyś chociaż raz był w miarę trzeźwy i porządnie myślał – warczy do mnie Mulat, na co wywracam oczami, przełączając kanał w telewizji i jak na złość przykładam puszkę do ust, zaciągając większego łyka.
       - Spieprzaj – mruczę pod nosem, kiedy on nadal stoi w drzwiach, mrożąc mnie wzrokiem.
       - Godzina – syczy, po czym wychodzi z pokoju.

              Dokładnie o godzinie za dziesięć dziewiąta stoimy w garażu przy długim, szarym stole, gdzie rozłożone są kartki z rozkładem pomieszczeń w firmie McCartheja, który tej nocy zostanie bankrutem, na co zdecydowanie zasługuje. Już od dłuższego czasu przymierzaliśmy się do tego, jednak Mia wybłagała nas, abyśmy dali sobie z nim spokój, bo inaczej nie będzie miała gdzie pracować. Nie obchodziło ją to, że mogłem za nią wszędzie płacić. Walker zawsze lubiła robić wszystkim na przekór. Jest chyba najbardziej upartą osobą na świecie!
              - Słuchasz? – pyta Liam, na co kiwam twierdząco głową. Ostatnie piętro, piąte drzwi po prawej – pomieszczenie, w którym znajduje się sejf z całą zawartością pieniężną tego skurwysyna. – Wszyscy wiedzą, co mają robić? – kiwamy twierdząco głowami, po czym wsiadamy do trzech samochodów.  Czarny pojazd stoi przygotowany do wyjazdu. Harry kiwa głową, pozwalając mi ruszyć. Mamy dokładnie trzy minuty zanim włączy się alarm. Oczywiście moglibyśmy go wyłączyć, jednak wtedy dowiedziałby się o tym każdy komisariat policyjny w pobliżu dwustu kilometrów od Londynu.
       - Za kilometr skręć w prawą uliczkę i zatrzymaj się przy siódmym budynku tuż pod drzwiami – słyszę głos Nialla, który instruuje mnie, co mam zrobić. Zgodnie z jego głosem przyspieszam, wyprzedzając nieliczne samochody, na co słyszę trąbienie i krzyki ludzi, które nie za bardzo mnie interesują. Uśmiecham się lekko pod nosem, kiedy widzę Malika, który nieskutecznie próbuje mnie wyprzedzić. Od zawsze chciał to zrobić tylko z tą różnicą, że wcześniej robił to dla żartów, a teraz robi to, aby pokazać mi kto jest lepszy. W momencie, kiedy Zayn próbuje mnie wyprzedzić, wciskam hamulec, skręcając w uliczkę wskazaną przez Horana. Widzę w tylnym lusterku, że samochód wraz z Stylesem jedzie tuż za mną. Spokojnie odliczam do siedmiu, po czym zatrzymuję się i wyłączam pojazd, wychodząc z niego.
       - Firma znajduje się w tym budynku – odzywa się Payne, kiedy zerkam w jego stronę. – Zaraz podłączę się do zabezpieczeń. Pamiętajcie macie trzy minuty, kierujcie się od razu do biura.
              Wbiegam po schodach, przeskakując po dwa stopnie. Analizuję każdy najmniejszy szczegół w budynku, wiedząc że wszystko może mi się przydać, jeśli coś pójdzie nie tak. Widzę długi korytarz, na którego końcu znajdują się lekko otwarte drzwi, przez które przenika smuga światła i donośne głosy starszych mężczyzn, którzy robili za pewne za ochroniarzy. Czuję lekkie uszczypnięcie, przez co z cichym sykiem odwracam się w stronę przyjaciela. Blondyn ruchem głowy pokazuje mi, abym szedł na górę, a on razem ze Stylesem pobawi się z tymi grubasami. Kiwam głową ze zrozumieniem, po czym wbiegam po kolejnych schodkach, aby dotrzeć do dziesiątego piętra.
              - Andy! Andy! Jesteś?! Pomocy! – słyszę znajomy głos, na którego sam dźwięk zamieram. Chwilę później osoba biega po całym piętrze, aby znaleźć zapewne jakiegoś ochroniarza. Mimo mroku widzę zakłopotanie Mii, która po chwili wchodzi z powrotem do swojego pomieszczenia, z którego słyszę wydostające się przekleństwa. Nim zdążę się powstrzymać biegnę zza nią. Teraz nie liczyło się nic, ani nikt. Nawet nasz jebany plan. – Teraz liczyła się ona.
       - Mia – mówię, widząc jak przerażona odwraca się w moją stronę z szeroko otwartymi oczami. Zamiera. Z jej oczu mimowolnie zaczynają lecieć łzy, a ja marzę o tym, aby zetrzeć je z jej twarzy.
       - Co tu robisz?! – krzyczy, a ja dalej patrzę na nią z otwartymi oczami, nie dowierzając, że to naprawdę ona.

***
Od Autorki: Wiem, że rozdział miał być wczoraj, jednak nie przewidziałam tego, że imieniny mojego taty przeciągną się do drugiej nad ranem! ;P Przepraszam po raz drugi za tak zjechaną końcówkę, ale jestem tak wymęczona psychicznie, że na nic lepszego mnie nie stać, może jak ( łaskawie ) będę mogła nie iść od środy do szkoły to to poprawię, jednak na razie musi zostać tak jak jest :)

5 komentarzy:

  1. WOW. Jest super :) Z każdym kolejnym rozdziałem moja ciekawość rośnie, a tu takie zakończenie... Nieee !
    Jak ja wytrzymam kolejne tygodnie? :D

    OdpowiedzUsuń
  2. No dobra... Planowałam więcej komentarzy pod zakładkami różnymi, ale chyba nie wyjdzie, bo nie mam co napisać :/ W każdym razie wszędzie zaglądnęłam ;)
    No to tak... Dziękuję za komentarz u mnie ;)
    Mi si rozdział bardzo podobał ;) Końcówka też jest w porządku :D Nie ma błędów (przynajmniej ja nie znalazłam wielu) ;). Ogólnie piszesz ładnie. Czyta się przyjemnie. Czcionka odpowiadająca, nic nie razi w oczy.
    Szablon jest ciekawy... Chociaż mi coś w nim nie gra, ale nie wiem jeszcze co ;) Ale się mną nie przejmuj.

    Ogólnie wszystko fajnie, pozdrawiam, życzę weny! ;* Informować o nowych rozdziałach? ;) Właśnie... Ty też możesz powiadamiać ;) (komentarz niesprawdzony)

    OdpowiedzUsuń
  3. Życzę weny.
    I zapraszam do mnie:
    http://krol-lasu.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie pisałam tego w poprzednich komentarzach, ale urzekł mnie twój szablon <3 Robiłaś go sama ? Co do rozdziału. Jak zwykle świetnie się czytało. Uwielbiam twojego bloga :) Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział :)
    Pozdrawiam x
    http://cloudfanfiction.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. To fanfiction zapowiada się naprawdę fajnie. Czekam na next♥

    OdpowiedzUsuń